Czas Mourinho

Zdarza się w sporcie, że cały dotychczasowy trud i ciężka praca wykona przez drużynę bądź pojedynczą osobę zdają się zbiegać do jednego punktu. Można podać przykłady oczywiste – tenisiści mają finał Wibledonu, golfiści 18 dołek na British open, kolarze czasówkę poprzedzającą ostatni etap Tour de France, lekkoatleci i wielu innych finał Igrzysk Olimpijskich, a piłkarze serię rzutów karnych w finale Mistrzostw Świata. Takie sytuacje mogą być mniej lub bardziej rozciągnięte w czasie, stawiają pod znakiem zapytania całą dotychczas przebytą drogę, wymagają największej koncetracji, zwycięzców od pokonanych dzielą po nich skrajnie różne emocje, choć przed chwilą różnica była między nimi minimalna. Takiego rodzaju czas nastał właśnie dla Jose Mourinho.

Po dwóch bramkowych remisach u siebie, z Manchesterem oraz Barceloną, sytuacja drużyny Portugalczyka, pozostawała otwarta, aczkolwiek niezwykle trudna. Ciężko byłoby wybrać dwóch trudniejszych rywali – większośc zapytana o dwie najlepsze, oprócz Realu, drużyny na świecie wymieniłaby pewnie właśnie wspomnianą dwójkę (choć po tym, co przeżywa ostatnio Barcelona liczba oddanych na nią głosów mogłaby być nieco niższa – jej szanse na odrobie strat z San Siro są moim zdaniem niewielkie, jednak sport pisze własne scenariusze, jeżeli Katalończykom czegoś we własnej legendzie brakuje, to właśnie takiego odrobienia strat, kiedy wszyscy już ich skreślili, a prasa wieszczy koniec epoki – latami zdawali się wygrywać z łatwością, teraz wielki mecz zagrać po prostu muszą).

Osiem dni i trzy mecze miały zdecydować o losie Mourinho i jego drużyny. Real pokonał Barcelonę w Pucharze Króla, po zwycięstwie w lidze jest bliski zepsucia jej sezonu, który zapowiadał się perfekcyjnie, jeśli Messi i spółka nie dadzą rady Milanowi, Portugalczyk będzie na ostatniej prostej do osiągnięcia celu, którzy postawili mu wszyscy, gdy zawitał do Madrytu – obalenia drużyny wszechczasów i przywiezienia na Estadio Santiago Bernabeu dziesiątego Pucharu Europy.

Madryt nadal może pozostać bez trofeum lub tylko z Pucharem Króla, będącym, w przypadku porażki w LM, jedynie nagrodą pocieszenia, ale wydaje się, że Portugalczyk znowu osiągnął swój cel – zjednoczył drużynę w myśl zasady „cały świat jest przeciwko nam”. Z resztą świat nie jest już przeciwko Realowi. Po wyeliminowaniu Manchesteru nadal każdy mecz w europejskich rozgrywkach będzie dla Los Blancos starciem o wszystko, ale nikt tej drużynie nie wmawia już, że jej szatnia jest podzielona, a piłkarze skłóceni z trenerem, dziś prasa ma nowe tematy – w Hiszpanii kryzys Barcelony, w Anglii, co warto zauważyć, możliwość odejścia z United Wayne’a Rooney’a. Mourinho natomiast może ostatnio sędziom raczej dziękować niż na nich narzekać.

Zarówno Manchester jak i Barcelona mają niemal pewne zwycięstwo w lidze, przygotowanie swojej drużyny na decydujący moment sezonu kosztowało Portugalczyka mistrzostwo kraju, ale jeśli wygra Ligę Mistrzów w Madrycie zaczną pewnie używać stwierdzenia jakiego używano ostatnio raczej u ich największego rywala, stwierdzenia którego nie lubię, ale które będzie oddawało panujący w Hiszpanii nastrój, że Real Madryt krajową ligę przegrał, a nie FC Barcelona ją wygrała.

Osiem dni, trzy mecze – to był czas Jose Mourinho, ale ten czas można jeszcze przedłużyć.

R.T.