Never say never: Goran Ivanisevic – jedyny taki mistrz

Dziś publikuję pierwszy tekst z cyklu zatytułowanego „Never say never”. Będę w nim pisał o sportowcach, którzy przykuli moją uwagę uporczywym dążeniem do wyznaczonego sobie celu, często przez całą karierę, i nie zaprzestali starań mimo niesprzyjających okoliczności oraz tego, że, jak to się często mówi, „ich czas już minął”.

Pierwszym bohaterem  cyklu postanowiłem uczynić chorwackiego tenisistę Gorana Ivanisevica.


 
Urodzony 13 września  1971 roku w Splicie Ivanisevic rozpoczął zawodową karierę w   roku 1988, jeszcze w tym samym sezonie wygrał swój pierwszy turniej deblowy, jednak, jak większość tenisistów, od początku skupiał się bardziej na swojej karierze singlowej. Pierwsze znaczące wyniki chorwacki zawodnik zaczął notować już w 1990 roku, gdy w pierwszej rundzie Roland Garros wyeliminował trzykrotnego mistrza Wimbledonu Borisa Beckera, a swój występ zakończył na ćwierćfinale (doszedł również do finału w grze podwójnej). Kilka tygodni później Ivanisevic zagrał natomiast w półfinale na londyńskiej trawie, jednak czekał go tam rewanż ze strony Beckera, który zwyciężył w czterosetowym pojedynku.

Niesamowicie mocny serwis i ofensywny styl gry sprawiały, że młody Chorwat był przez ekspertów często wymieniany w gronie przyszłych zwycięzców Wimbledonu (powszechnie uważa się, że obecnie stosowana tam nawierzchnia trawiasta jest wolniejsza od tej używanej jeszcze 10, czy 20 lat temu). Pierwsza okazja na spełnienie tych oczekiwań nadeszła już w 1992 roku, kiedy po pokonaniu m.in. Ivana Lendla (8 wygranych szlemóww karierze), Stefana Edberga (6 szlemów, wówczas 5 – w tym samym roku miał jeszcze dołożyć US Open), a także Pete’a Samprasa (wówczas 1 tytuł wielkoszlemowy, ale potem zdobył ich jeszcze 13), Ivanisevic awansował do finału najstarszego tenisowego turnieju, gdzie na jego drodze stanął Andre Agassi.

O ile dla chorwackiego zawodnika był to debiut na najwyższym szczeblu imprezy wielkoszlemowej, o tyle Amerykanin miał już za sobą bolesne porażki w finałach Rolanda Garrosa i US Open. Wiadomo więc było, że któryś z nich zatriumfuje po raz pierwszy. W całym turnieju Ivanisevic zaserwoał ponad 200 asów, także w dniu finału ten element jego gry nie pozostawiał nic do życzenia, determinacja Agassiego była jednak ogromna i 39 asów Chorwata w przegranym 7/6 4/6 4/6 6/1 4/6 pojedynku, mimo szansy na przełamanie przy stanie 3:3 w piątym secie, już na zawsze miało pozostać przykładem w licznych publikacja tenisowych na to, że serwis w tenisie to nie wszystko.

Ivanisievic miał jednak niespełna 21 lat i całą, świetnie rozpoczętą, karierę przed sobą. Wielu tenisistów przed nim (Lendl, wspomniany Agassi), a także po nim (Murray) musiało odczekać swoje zanim odnieśli pierwsze wielkoszlemowe zwycięstwo. Niestety ryzykowny styl gry i wybuchowy charakter (często kłócił się z sędziami, podczas jednego meczu roztrzaskał wszystkie swoje rakiety i musiał zrezygnować z dalszej gry) nie pozwalały rozwinąć Chorwatowi pełni swoich umiejętności. Charakteryzowały go duże wahania formy – z dnia na dzień potrafił zmienić swoje oblicze na korcie i zagrać fantastycznie lub poniżej wszelkiej krytyki. To wszystko sprawiło, że Ivanisevicowi ciężko było w późniejszych latach odnieść wielkoszlemowe zwycięstwo, świetne rezultaty osiągał właściwie tylko na Wimbledonie. Na Australian Open trzykrotnie zatrzymywał się w ćwierćfinale, podobnie w Roland Garros, raz osiągnął półfinał US Open, ale poza tym nigdy nie przeszedł tam czwartej rundy.

W 1994 roku doszedł jednak do drugiego miejsca w światowym rankingu, ale w finale Wimbledonu po raz drugi musiał przełknąć gorycz porażki. Na jego drodze stanął tym razem Pete Sampras, który wygrywając 7/6 7/6 6/0 obronił tytuł zdobyty rok wcześniej.

Dwa tytuły Amerykanina dały początek jego absolutnej dominacji na londyńskich kortach w latach 90. W roku 1995 Sampras wygrał swój trzeci z rzędu tytuł, pokonując w półfinale Ivanisevica 7/6 4/6 6/3 4/6 6/3, a w 1998 ograł Chorwata w finale po kolejnej zaciętej pięciosetowej batalii 6/7 7/6 6/4 3/6 6/2 – był to jego piąty tytuł. Dwa lata wcześniej Sampras niespodziewanie uległ Holendrowi Richardowi Krajicek w ćwierćfinale, ale Ivanisevic nie wykorzystał okazji, odpadając na tym samym etapie turnieju.

Od kiedy 1992 roku Ivanisevic reprezentował Chorwację (wcześniej występował pod flagą Jugosławii) zdobył dla swojego kraju dwa brązowe medale Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie oraz zwyciężył w Pucharze Hopmana. W Wielkim Szlemie wciąż pozostawał niespełniony, a po 1998 roku znacząco obniżył loty. Udało mu się jeszcze dojść do finału debla na Roland Garros w 1999, ale tam również czekało na niego rozczarowanie. Słaba forma i kontuzja ramienia, z którą musiał zmagać się przez trzy sezony, a właściwie już do końca kariery, uniemożliwiły Ivanisevicowi osiąganie dobrych rezultatów i utrzymywanie wysokiej pozycji rankingowej. Ostatecznie w roku 2001 Chorwat zajmował 125 pozycję na świecie, co nie wystarczało, aby wziąć udział w turnieju wimbledońskim. Za wybitną postawę w poprzednich latach organizatorzy zdecydowali jednak o przyznaniu Goranowi „dzikiej karty”.

Zwracający uwagę na faworytów świat nie patrzył już na blisko 30 letniego Chorwata. Wygrane w 1999 i 2000 roku sprawiły, że Pete Sampras zmierzał po swój piąty z rzędu tytuł – coś takiego udało się wcześniej tylko mitycznemu Bjornowi Borgowi. W XXI wieku Sampras nie dominował już tak jak w latach 90, ale Wimbledon wciąż był jego twierdzą. Brytyjczycy natomiast, czekający na triumf od 1938 roku, kibicowali Timowi Henmanowi, który swoją grą dawał nadzieje na korzystny rezultat. Tym razem jednak, to nie faworyci mieli odnieść najbardziej zapadające w pamięć zwycięstwa.

Wszystko szło zgodnie z przewidywaniami, aż do czwartej rundy turnieju. Wszystko oprócz postawy Ivanisevica, który zdążył już wyeliminować rozstawionego Carlosa Moyę oraz Andy’ego Roddick’a, a w 1/8 turnieju pozbawił złudzeń innego reprezentanta gospodarzy – Grega Rusedskiego. Właściwie każde z tych zwycięstw można określić mianem „niespodzianki”, jednak wszystkie dotychczasowe wyczyny Chorwata zostały w czwartej rundzie przyćmione przez odpadnięcie z turnieju Samprasa, który musiał uznać wyższość pewnego młodego, zdolnego Szwajcara.

Skoro nie było już w w turnieju Samprasa, to szanse Ivanisevica znacząco wzrastały, ale w drabince dalej pozostawali, Henman, Agassi oraz, stawiany teraz w gronie faworytów, Federer (ostatni pogromca Samprasa na Wimbledonie, Krajicek, został wówczas też zwycięzcą całego turnieju), a sam Goran musiał uporać się z turniejową „czwórką” Maratem Safinem. Dokonał tego zwyciężając Rosjanina 7/6 7/6 4/6 7/6. Część pracy Chorwata faworyci mieli wykonać za niego, bowiem Federer i Henman trafili na siebie w ćwierćfinale. Przy tak szybkiej nawierzchni, gdy ciężko przełamać rywala, często dochodzi do tiebreak’ów, co widać już po wyniku spotkania Ivanisevica z Safinem. Podobnie ułożyło się spotkanie Henmana i Federera, w którym Brytyjczyk ostatecznie zwyciężył 7/6 7/6 2/6 7/6 i to on miał być przeciwnikiem Chorwata w półfinale. Drugą parę utworzyli Patrick Rafter i Andre Agassi.

Zwycięstwo nad Federerem potwierdziło wysoką formę Henmana, który, dodatkowo wspierany przez publiczność, postawił Ivanisevicowi najcięższe dotychczas warunki w turnieju. W pewnym momencie Brytyjczyk, w przerywanym przez deszcz meczu, prowadził 2-1 w setach i od finału dzieliła go tylko wygrana w tiebreak’u. Ivanisevic wybronił się jednak wygrywając go 7-5 i cały mecz 7/5 6/7 0/6 7/6 6/3. W finale miał zmierzyć się z Australijczykiem Patrick’iem Rafterem.

Finał Wimbledonu 2001 miał być wyjątkowy z kilku powodów, po pierwsze tak nisko notowany zawodnik jak Ivanisevic, dopuszczony do turnieju dzięki „dzikiej karcie”, nigdy nie wygrał turnieju Wielkiego Szlema, po drugie warunki atmosferyczne i opóźnienia wywołane przez deszcz sprawiły, że mecz przeniesiono z tradycyjnej niedzieli na poniedziałek, a po trzecie licznie zgromadzeni na widowni Chorwaci i Australijczycy, ubrani często w barwy narodowe i wyposażeni we flagi, stworzyli atmosferę bardziej przypominającą tą z rozgrywek Pucharu Davis’a, gdzie publiczność po każdym zdobytym punkcie cieszy się jak ze strzelonej bramki w piłce nożnej, aniżeli tą znaną z powściągliwości podczas pozostałych meczów Wimbledonu. Po trzech porażkach w finale motywacja Ivanisevica musiała być ogromna, jednak Rafter nie ustępował mu pod tym względem – sam już rok wcześniej poczuł, co to znaczy przegrać w finale Wimbledonu, miał też już jednak na swoim koncie dwie wygrane w US Open.

Obaj gracze zaprezentowali bardzo widowiskową grę na wysokim poziomie, a o zwycięstwie musiał zadecydować piąty set. Przy stanie 7-7 Ivanisevic w końcu przełamał rywala i po raz pierwszy w życiu serwował po zwycięstwo w Wimbledonie. Kilka chwil później miał pierwszą piłkę meczową, ale nie wykorzystał jej po podwójnym błędzie serwisowym. Podobnie jak we wcześniejszych meczach Chorwat odprawiał rytuały – patrzyl w niebo, całował piłki, a w ostanim gemie modlił się nad linią, którą o centymetry minęła piłka zagrana przez rywala, prosił również o podanie mu tej samej piłki, którą przed chwilą zdobył punkt. Drugą piłkę meczową Ivanisevic zmarnował tak jak pierwszą. Trzecią Rafter wybronił fantastycznym lobem, po tym jak Chorwat zaatakował przy siatce. Czwarta piłka meczowa dla Ivanisevica w jego czwartym wimbledoński finale miała się wreszcie okazać tą decydującą. Ze łzami w oczach, Chorwat zaserwował, ruszył do siatki, ale nie musiał już odbijać piłki gdyż po odegraniu Raftera nie dotarła ona na drugą stronę kortu.

W ten sposób Goran Ivanisevic został jedynym jak do tej pory zwycięzcą turnieju wielkoszlemowego po otrzymaniu „dzikiej karty”. Nikt nigdy nie wygrał Wimbledonu będąc tak nisko w rankingu. Z powodu kontuzji nie dane było wystąpić Goranowi w obronie tytułu w 2002 roku, jak również i w 2003. Powrócił na kort centralny w roku następnym ulegając Lleytonowi Hewittowi w trzeciej rundzie, po czym zakończył profesjonalną karierę.

R.T.

Messidependencia

Cały piłkarski świat już wie. Barcelona jest uzależniona od Leo Messiego. W końcu fakty nie kłamią. Póki Messi przebywał na boisku w starciu na Parc des Princes Barcelona wygrywała 1:0. Drugie 45 minut przegrała 1:2. W rewanżu na Camp Nou póki Messiego nie było na murawie, PSG prowadziło 1:0. Nadchodzi 62 minuta. Argentyńczyk zmienia Cesca Fabregasa, a 9 minut później bierze udział w akcji bramkowej, dającej ostatecznie awans Blaugranie do półfinału Ligi Mistrzów.

Nie zgodzę się do końca z tym, że Messidependecia istnieje. Warto zwrócić uwagę na fakt, że od momentu wyrównania w wyżej wspomnianym meczu Barcelona grała prawie w „10”. Messi był na boisku, ale unikał gry, nie wychodził do podań, nawet nie truchtał, tylko chodził po murawie. Owszem, kiedy już dostał piłkę, to starał się z nią zrobić coś konstruktywnego, ale na boisku widzieliśmy, co najwyżej 50% Messiego. Bardziej przychylam się do opinii, że sama obecność „Atomowej Pchły” boisku miała większy wpływ na grę obu drużyn, niż to, co Messi rzeczywiście na nim robił. Dopiero, gdy zmienił Fabregasa, PSG zaczęło się obawiać Barcelony, a piłkarze gospodarzy poczuli się dużo pewniej wiedząc, że ich lider jest na murawie. Wejście Messiego na boisko diametralnie zmieniło mentalne nastawienie obu drużyn. I pod tym względem mogę się zgodzić z Messidependencią.

Nasuwa mi się jednak kolejne pytanie. W jakiej skali Barca jest zależna od Leo? W końcu z ligowymi przeciętniakami Blaugrana radzi sobie świetnie nawet bez Argentyńczyka. W ważnych meczach, jak się okazuje, niekoniecznie. Myślę, że w sedno trafił Jordi Roura, który powiedział, że skoro ma się w składzie najlepszego piłkarza świata, to powinno się z niego korzystać. Przecież wielcy piłkarze swoją potęgę i pozycję budują grając w wielkich meczach, decydując o końcowym rezultacie. Tak jak pisałem wyżej, bardziej skłaniam się do opinii, że Messi ma większy mentalny wpływ na drużynę, niż na jej sposób grania, bo przecież w reprezentacji Hiszpanii, ofensywę tworzą głównie piłkarze Barcy i jakoś dają sobie radę bez Argentyńczyka. Nawiasem mówiąc, to Real jest prawdopodobnie bardziej uzależniony od Ronaldo, niż Barcelona od Messiego. W końcu Los Blancos bez Ronaldo w składzie mają w tym sezonie wielkie problemy z pokonaniem takich drużyn jak Osasuna czy Deportivo. Ciekawe jak Real poradziłby sobie z Borussią, gdyby Ronaldo doznał kontuzji, albo dostał czerwoną kartkę w pierwszym spotkaniu.

Piłkarski świat stwierdził, że Barcelona jest zależna od Messiego po mniej więcej 107 minutach potyczki z Paris Saint Germain. A jak traktować pierwszy mecz z Milanem? Przecież Messi grał 90 minut. Jak traktować Gran Derbi przegrane przez Barcelonę 1:3 w Pucharze Króla? Tam również Argentyńczyk grał całe spotkanie. Można powiedzieć, że obecność Messiego wcale nie gwarantuje zwycięstw w meczach z wielkimi rywalami. W końcu powyższe przykłady pokazują, że można zagrać tak, żeby wyłączyć Argentyńczyka z gry i pokonać Blaugranę. Te mecze znacznie bardziej pokazują zależność od Messiego, niż spotkania, w których go w ogóle nie ma. Kiedy Messi jest na boisku i gra mu się nie układa, Barcelonie gra się bardzo ciężko. Z PSG Messi zrobił swoje, ale jakże inaczej mówiliby wszyscy, gdyby wszedł, dał słabą zmianę i Barcelona by odpadła? O żadnej Messidependencii nie byłoby mowy.

Jak podsumować te moje rozważania? Messidependencia jest czy jej nie ma? Moim zdaniem punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W końcu piłka nożna to gra zespołowa i cały zespół pracuje na sukces, są jednak piłkarze, którzy w pojedynkę potrafią odwrócić losy meczu, czasem nawet tylko swoją obecnością na murawie. W końcu, gdy ma się najlepszego piłkarza świata to dlaczego z niego nie korzystać?

M.S.

Czas Mourinho

Zdarza się w sporcie, że cały dotychczasowy trud i ciężka praca wykona przez drużynę bądź pojedynczą osobę zdają się zbiegać do jednego punktu. Można podać przykłady oczywiste – tenisiści mają finał Wibledonu, golfiści 18 dołek na British open, kolarze czasówkę poprzedzającą ostatni etap Tour de France, lekkoatleci i wielu innych finał Igrzysk Olimpijskich, a piłkarze serię rzutów karnych w finale Mistrzostw Świata. Takie sytuacje mogą być mniej lub bardziej rozciągnięte w czasie, stawiają pod znakiem zapytania całą dotychczas przebytą drogę, wymagają największej koncetracji, zwycięzców od pokonanych dzielą po nich skrajnie różne emocje, choć przed chwilą różnica była między nimi minimalna. Takiego rodzaju czas nastał właśnie dla Jose Mourinho.

Po dwóch bramkowych remisach u siebie, z Manchesterem oraz Barceloną, sytuacja drużyny Portugalczyka, pozostawała otwarta, aczkolwiek niezwykle trudna. Ciężko byłoby wybrać dwóch trudniejszych rywali – większośc zapytana o dwie najlepsze, oprócz Realu, drużyny na świecie wymieniłaby pewnie właśnie wspomnianą dwójkę (choć po tym, co przeżywa ostatnio Barcelona liczba oddanych na nią głosów mogłaby być nieco niższa – jej szanse na odrobie strat z San Siro są moim zdaniem niewielkie, jednak sport pisze własne scenariusze, jeżeli Katalończykom czegoś we własnej legendzie brakuje, to właśnie takiego odrobienia strat, kiedy wszyscy już ich skreślili, a prasa wieszczy koniec epoki – latami zdawali się wygrywać z łatwością, teraz wielki mecz zagrać po prostu muszą).

Osiem dni i trzy mecze miały zdecydować o losie Mourinho i jego drużyny. Real pokonał Barcelonę w Pucharze Króla, po zwycięstwie w lidze jest bliski zepsucia jej sezonu, który zapowiadał się perfekcyjnie, jeśli Messi i spółka nie dadzą rady Milanowi, Portugalczyk będzie na ostatniej prostej do osiągnięcia celu, którzy postawili mu wszyscy, gdy zawitał do Madrytu – obalenia drużyny wszechczasów i przywiezienia na Estadio Santiago Bernabeu dziesiątego Pucharu Europy.

Madryt nadal może pozostać bez trofeum lub tylko z Pucharem Króla, będącym, w przypadku porażki w LM, jedynie nagrodą pocieszenia, ale wydaje się, że Portugalczyk znowu osiągnął swój cel – zjednoczył drużynę w myśl zasady „cały świat jest przeciwko nam”. Z resztą świat nie jest już przeciwko Realowi. Po wyeliminowaniu Manchesteru nadal każdy mecz w europejskich rozgrywkach będzie dla Los Blancos starciem o wszystko, ale nikt tej drużynie nie wmawia już, że jej szatnia jest podzielona, a piłkarze skłóceni z trenerem, dziś prasa ma nowe tematy – w Hiszpanii kryzys Barcelony, w Anglii, co warto zauważyć, możliwość odejścia z United Wayne’a Rooney’a. Mourinho natomiast może ostatnio sędziom raczej dziękować niż na nich narzekać.

Zarówno Manchester jak i Barcelona mają niemal pewne zwycięstwo w lidze, przygotowanie swojej drużyny na decydujący moment sezonu kosztowało Portugalczyka mistrzostwo kraju, ale jeśli wygra Ligę Mistrzów w Madrycie zaczną pewnie używać stwierdzenia jakiego używano ostatnio raczej u ich największego rywala, stwierdzenia którego nie lubię, ale które będzie oddawało panujący w Hiszpanii nastrój, że Real Madryt krajową ligę przegrał, a nie FC Barcelona ją wygrała.

Osiem dni, trzy mecze – to był czas Jose Mourinho, ale ten czas można jeszcze przedłużyć.

R.T.

Barca KO

Kto by pomyślał włączając telewizor mniej więcej o 20:45, żeby obejrzeć spotkanie Ligi Mistrzów pomiędzy Barceloną i Milanem, że to Katalończycy będą przed rewanżem postawieni pod ścianą? Oczywiście znalazłoby się grono fanów Milanu, którzy liczyli na korzystny wynik, ale podejrzewam, że nawet oni nie spodziewali się tak korzystnej sytuacji przed meczem na Camp Nou. Barcelona została znokautowana.

Dawno nie byłem w takiej sytuacji, w której miałbym problem ze stwierdzeniem czy to mecz został przegrany przez jedną, czy też wygrany przez drugą drużynę. Po meczu na San Siro mam spory problem z oceną. Każdy, kto ogląda na co dzień mecze Blaugrany, widział, że nie zagrała w swoim stylu. Niby utrzymywała się przy piłce jak zwykle, ale zabrakło szybkości lub, jak mawiał Małysz, błysku, w rozgrywaniu akcji. Dowodów, że tak było nie trzeba daleko szukać, wystarczy spojrzeć na statystykę strzałów – 2 celne, 4 niecelne i 1 zablokowany. Zresztą przy dwóch celnych strzałach Abbiati nawet się nie zmęczył.

Bardziej skłaniam się ku tezie, że Barcelona ten mecz przegrała, ale nie na swoje życzenie. Nie przez własną nieskuteczność. Nie przez zbytnią pewność siebie. Barcelona przegrała, bo świetnie zagrał Milan. Messi był koncertowo spychany, blokowany i pilnowany przez defensywę Rossoneri. W drugiej połowie próżno na boisku było szukać Pedro, a Xavi z Iniestą nie potrafiliby wsadzić szpilki pomiędzy szczelnie ustawiony mur obronny Milanu. Jeśli przejdziemy do  kolejnej formacji, to nie można nie wspomnieć Montolivo. Ten człowiek był wszędzie i trzeba się zastanowić, czy nie za szybko ukoronowano Busquetsa jako najlepszego defensywnego pomocnika na świecie. W ofensywie Milan również prezentował się świetnie. Stworzył wiele groźnych akcji i wykorzystał to, co udało mu się stworzyć. Do wczoraj uważałem, że pierwszy gol nie powinien zostać uznany. Jednak ten gif (
http://i.minus.com/ibcKx36owXsO6H.gif
) pokazuje, że sędzia postąpił słusznie nie odgwizdując ręki Zapaty. Zresztą jakie ma teraz znaczenie, czy gol był zdobyty prawidłowo, czy nie? Barcelona przegrała, bo była słaba,   a Milan zagrał tak, jak powinno się grać z Barcą.

Fanów futbolu na pewno ten wynik zadowala. Może nawet cieszy. Rewanż zapowiada się na wyśmienite danie. Barcelona, która będzie musiała walczyć o życie już w 1/8 Ligi Mistrzów i Milan, który będzie musiał pokazać, że również na Camp Nou może zagrać w obronie tak, jak w środę, albo jeszcze lepiej. Jaki będzie wynik tego starcia? Zobaczymy, na razie to Barca leży na deskach, a sędzia ringowy rozpoczął liczenie.

M.S.

Historyczny pierwszy wpis

Stało się… Dnia 11 lutego 2013 roku, po długiej walce z własnymi myślami, lenistwem, mimo iż trwa sesja, postanowiliśmy stworzyć własnego bloga. Od zawsze interesowaliśmy się sportem i chcielibyśmy się podzielić naszymi przemyśleniami, opiniami i komentarzami.

Na blogu będziemy głównie zamieszczać wpisy dotyczące piłki nożnej, tenisa, rugby, a czasem wypowiemy się także na temat innych dyscyplin.

Pierwsze wpisy zamieszczone będą już niedługo. Po pierwsze ze względu, że mamy wolne. A po drugie, że zaczyna się Liga Mistrzów.

Do przeczytania.